Wyprawa do Indii (2010) - cz.1.

Z WYPRAWY DO INDII
Razem z Kasią, moją szaloną Przyjaciółką, postanawiamy polecieć do Indii. Jedziemy poczuć smak i zapach tego egzotycznego dla nas kraju. Pragniemy wmieszać się w hinduski tłum i przyglądnąć się od podszewki jego życiu.
Wyleciałyśmy z Polski 1 listopada. Następnego dnia, kilka minut po północy lądujemy w Delhi. 
Jesteśmy w Indiach
Lotnisko, po remoncie, robi dobre wrażenie. Odbieramy bagaże, żegnamy się z  młodą Hinduską –Ritu (przyleciała do Polski na studia, ale po 12 dniach pobytu postanowiła wrócić do domu), wymieniamy pieniądze, bierzemy poleconą przez Ritu taksówkę i jedziemy do „domu” (tak przez najbliższe 10 dni będziemy nazywać mieszkanie naszego przesympatycznego gospodarza, Rakesha).
Miłe zaskoczenie. Jest ciepło, temperatura około 20 stopni.(w Polsce zimno, temperatura bliska 0). Wszędzie jest mgła. Powietrze lepkie.
Jedziemy około pół godziny. Ogromny hałas. Ruch lewostronny. Mamy wrażenie, że nie ma żadnych zasad  ruchu drogowego. Wszyscy używają klaksonów.
 
Użytkownikami dróg są wszystkie możliwe pojazdy: auta (nowe, stare i takie, które nie wiadomo jakim cudem mogą jeszcze jeździć), auto-riksze czyli „tuk tuki” i riksze.
Jesteśmy w domu...
Docieramy na Paharganj, gdzie czeka na nas Rakesh. Idziemy do domu. W środku nocy dzielnica, w której będziemy mieszkać, nie robi na nas dobrego wrażenia. Widzimy ludzi bezdomnych śpiących na ulicy, brud, śmieci,  bezpańskie, wychudzone, smutne psy. Wrażenie ciasnoty, brudu, bałaganu Chciałoby się zapytać „CO JA TUTAJ ROBIĘ?”.
 
„Nasz dom” (4 piętrowa kamienica) niewiele odbiega od domów europejskich. Gościnny, wygodny, przyjazny. Dom wybudowany 6 lat temu. Wepchnięty między inne kamienice. Zaskakują nas zakratowane okna otwierane na zewnątrz i brak okien w salonie. Pół metra od naszego okna znajduje się ściana sąsiadującej z naszą kamienicą. Słychać odgłosy życia w innych mieszkaniach (muzykę, płacz dziecka, chrapanie). Pierwsze wrażenia mamy mieszane. Jednak jak się później okazało nie zamieniłybyśmy Paharganju na żadne inne miejsce w Delhi.
Długo jeszcze rozmawiamy z Rakeshem (żyjemy wg czasu polskiego – różnica czasów wynosi 4,5 godz), planujemy czas na najbliższe dni, słuchamy rad i wskazówek gospodarza. Telefon. Dzwoni Ritu. Chce się upewnić, że cało i zdrowo dotarłyśmy na miejsce.
Następnego dnia po polskim śniadaniu, wychodzimy „do miasta”. 
Jesteśmy w mieście !
Paharganj w dzień sprawia zdecydowanie lepsze wrażenie. Jest ciepło, świeci słońce (ze względu na unoszący się smog, można bez problemu patrzeć na słońce), bardzo mocno się kurzy. Ruch bardzo duży. Niewielu turystów. Zaproponowano nam udział w filmie bollywoodzkim (potrzebowali białych kobiet).
Barwne sklepy (przede wszystkim z tekstyliami), jeden przy drugim wzdłuż całej ulicy. Szokiem  dla nas są linie energetyczne, wyglądające jak gęsta pajęczyna rozpostarta nad chodnikiem.
Pierwszy dzień przeznaczamy na włóczenie się po okolicy.
Spacerujemy, oglądamy świecidełka i ciuszki, rozmawiamy z wróżem. Szukamy miejsca, gdzie mogłybyśmy coś bezpiecznie dla naszego układu pokarmowego zjeść.
 
Trafiamy na rynek warzywny. Mnóstwo przypraw, warzyw i owoców i….krów. Wielu nie znamy (oczywiście owoców i warzyw) . Kupujemy arbuz, granaty i melon, dobrą herbatę. To będzie nasz obiad.
 
Copyright ©2017 JOGA KLUB, Szkolenia, Doradztwo, Barbara Majewska
NIP: 784-150-25-77
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem