Wyprawa do Indii (2010) - cz.3.

Zwiedzamy Delhi

Jeszcze przed świętami udaje nam się podróżując „tuk tukiem” zobaczyć niektóre ważne miejsca w Delhi, m. in. świątynię sikhów i dzielnicę tybetańską.
Po święcie Diwali wsiadamy do wynajętej na cały dzień taksówki i wyruszamy na zwiedzanie stolicy Indii. 
Delhi jest dużym miastem, a większość atrakcji jest niestety porozrzucana w różnych jego częściach. Na pewno trzeba zobaczyć wspaniały Red Fort oraz Jama Masjid, czyli Meczet Piątkowy, a także India Gate, budynek parlamentu, Humayun's Tomb (znajdujące się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO) i jedyną w swoim rodzaju Bahai Lotus Temple, uniwersalną świątynię poświęconą wszystkim religiom jednocześnie. Da się znaleźć kilka niebrzydkich parków oraz bazarów. Przyjemnie jest też pokręcić się po uliczkach Old Delhi.
Nowa część Delhi łączy w sobie bogactwo i biedę. Znajdują się tu: dzielnica rządowa, bogate ekskluzywne budynki i wille. Pięknie zaprojektowane ulice i parki. Connaught Place to bogata dzielnica handlowa i mieszkalna z położoną tuż obok dzielnicą rządowa i Rashtrapati Bhavan (pałacem prezydenckim). Wszystko to jednak przemieszane jest z biednymi slumsami.
Robi wrażenie.
Nie będę opisywać poszczególnych zabytków, ponieważ można to znaleźć w każdym przewodniku. Podzielę się tylko kilkoma uwagami.
Nie wszędzie można było dojechać, gdyż tego dnia do Delhi przyjechał prezydent USA – Obama. W wielu miejscach stały patrole policyjne. Sprawdzano nasze plecaki i nie tylko. Obawiano się akcji terrorystycznych.
 
Nie spodziewałam się, że Hindusi to naród turystów. Wszędzie  mnóstwo ludzi. Od starców po kilku miesięczne dzieci na rękach matek. Stoją cierpliwie w kolejkach po bilety, w kolejkach do świątyń.
 
Podczas jazdy kierowca proponuje nam odwiedzenie centrów handlowych, gdzie można kupić tradycyjne hinduskie stroje, rękodzieło, tkaniny. Kierowca od właściciela sklepu otrzymuje za przywiezienie turystów prowizję. Idziemy, choć nie mamy w planie robienia tutaj zakupów (zakupy w dużej mierze robimy z Rakeshem). Przy trzecim z kolei centrum handlowym zdecydowanym głosem mówimy „nie!”. W każdym centrum należy być min 15 minut, a kierowca wynajęty jest do godz. 17.00.
 
Podobnie jak centra handlowe, tak i restauracje dają kierowcom prowizję (w postaci obiadu) za „dostarczenie” turystów. Trafiamy do eleganckiej restauracji, płacimy 3 razy więcej niż w naszej dzielnicy. Mamy przynajmniej pewność, że kierowca nie jest głodny….
Nasze doświadczenia wzbogacają się o żebraków. Są w zasadzie wszędzie. Największe wrażenie robią małe dzieci, które na skrzyżowaniach ulic, między samochodami, skaczą jak małpki, wykonując salta wyciągają chude rączki. Przykro również patrzeć na ludzi kalekich. Takiego kalectwa w Europie nie widać.
 
Wracamy do domu. Kierowca domaga się napiwku, mimo, że Rakesh uregulował już całą należność. Dajemy napiwek. Nie jest to taki jedyny przypadek. Za każdym razem Rakesh ma nam za złe, że dajemy zbyt wysokie napiwki.
Przyjęcie weselne.
 
Dostajemy od przyjaciół Rakesha zaproszenie na przyjęcie „przedweselne”. Z przyjemnością wybieramy się. Impreza odbywa się w eleganckim hotelu PLAZA.  Najpierw kontrola. W wielu miejscach widać obawę przed atakiem terrorystycznym.
 
Na progu witają nas rodzice Państwa Młodych. Podczas tego przyjęcia pan młody będzie prosił rodziców panny młodej o jej rękę. Wesele odbędzie się za tydzień.
 
Przyjęcie, w którym uczestniczymy jest przyjęciem cocktailowym. Uczestniczy w nim około 400 osób. 
Siedzimy przy  10 osobowych stolikach. Goście cały czas się kręcą, witają, ściskają. Ubrani w tradycyjne hinduskie stroje. Wyglądają odświętnie. Przybyli całymi rodzinami, razem z dziećmi. Każdy chce pokazać swoje. Być może uda im się znaleźć męża dla córki (obecnie kilkuletniej)….
 
W dalszym ciągu w Indiach rodzice wybierają życiowych partnerów swoim dzieciom. (bardzo szeroki temat).
 
Kelnerzy skrzętnie się uwijają roznosząc napoje (również alkoholowe) oraz przekąski. Wszyscy jedzą na papierowych serwetkach, żadnych sztućców...
W pomieszczeniu obok – ciepły bufet. Ciekawy sposób rozliczeń. Gospodarze płacą hotelowi nie za liczbę gości, ale za liczbę zużytych dużych talerzy (300 dolarów za 1 talerz). W związku z tym, większość gości zadowala się przekąskami na serwetkach, nie chcąc obciążać konta gospodarza.
 
Powoli goście zajmują miejsca, rozpoczynają się występy zespołu tańca orientalnego. Nie ma oklasków. Taki zwyczaj.  Występy bardzo nam się podobają.
 
Pod koniec imprezy ktoś zaczyna tańczyć. Inni dołączają (tańczy kilkanaście osób). W Indiach nie tańczy się. Kobiety tańczą tylko w domu, przed swoimi bliskimi. Wśród gości jest 6 Europejczyków (w tym my). Budzimy zainteresowanie. Nas również zapraszają do tańca. 
Agra i Jaipur

Czas wyruszyć poza Delhi. Postanawiamy pojechać do Agry i Jaipuru. Rakesh sugeruje nam podróż taksówką. My postanawiamy pojechać pociągiem. Przecież chcemy poczuć jak żyją Hindusi.
Nawet przez moment nie żałujemy naszej decyzji.
 
Bilety kolejowe kupuje się w Indiach z wyprzedzeniem. Niestety, na większość pociągów, które wybrałyśmy bilety są wyprzedane. W związku z tym postanawiamy skorzystać z  usług biura podróży. Biuro to ma nam zapewnić (za to płacimy): bilety kolejowe, taksówki w Agrze i Jaipurze, bilety wstępu, przewodnika oraz hotel.
 
Wyjeżdżamy o godz.5 rano. Na dworcu tłum ludzi. Mnóstwo bagaży, ludzie śpiący na ziemi na własnych bagażach, mnóstwo dzieci, swobodnie przechadzające się po peronach krowy, zapachy z dworcowych „barów”.
 
Pociąg do Agry jest pociągiem sypialnym, jadącym z Mumbaju. Przyjeżdża z niewielkim opóźnieniem. Wsiadamy. W wagonie sypialnym nie ma typowych (czyli zamykanych) przedziałów. W przedziale jest 6 łóżek (w ciągu dnia pełnią funkcję ławek). Na naszych miejscach rozrzucone koce i prześcieradła. Przed chwilą ktoś z nich korzystał. Kładziemy się, zasypiamy (plecaki pod głową). Podróż ok. 200 km przebywamy w czasie 5 godzin.
 
W Agrze czeka na nas taksówka z przewodnikiem (2 osoby). Ruszamy.
Agra jest jedną z największych atrakcji turystycznych Indii. Znajdują się tu trzy obiekty z Listy Światowego Dziedzictwa UNESCO, z czego jeden zaliczany jest nawet do Cudów Świata. A poza tym samo miast jest duże, średnio przyjemne, brudne, spowite smogiem.
Zwiedzamy m.in. Taj Mahal, uznany za jeden z Cudów Świata, podobno najpiękniejszy dowód miłości i jednocześnie grobowiec oraz  Czerwony Fort.  Jest to zespół budowli zamkniętych wewnątrz potężnych, czerwonych murów zewnętrznych o wysokości do 20 metrów i łącznej długości około 2,5 kilometra.
 
Późnym popołudniem wsiadamy do pociągu jadącego do Jaipuru. Wagon bezprzedziałowy, fotele lotnicze. Przy sprawdzaniu biletów za każdym razem należy pokazać dokument tożsamości. Kara za brak dowodu wynosi równowartość biletu kolejowego.
 

Docieramy do Jaipuru. Na dworcu czeka na nas tuk – tuk. Jedziemy do hotelu.
Po śniadaniu zjedzonym w restauracji na dachu hotelu, wyruszamy na objazd miasta.
 

Jaipur jest największym miastem i jednocześnie stolicą Radżastanu. Posiada bardzo interesującą starą część miasta oraz 3 rewelacyjne forty w okolicy.
Wszystkie budynki najstarszej części miasta tradycyjnie malowane są na różowo, stąd przydomek "Różowe miasto".
 

Najpopularniejszym z trzech fortów jest Amber Fort, położony na obrzeżach Jaipuru. Do fortu jedziemy na słoniu. Niezapomniane wrażenie.
 

Rezygnujemy z usług przewodnika biura (w Agrze przewodnik oprowadził nas po 2 obiektach, resztę zwiedzałyśmy samodzielnie), które organizowało nam wycieczkę same wybieramy przewodnika. Trafiamy na wspaniałego. Jego opowieści są tak interesujące, że spędzamy tu kilka godzin. Z fortu rozciągają się rewelacyjne widoki. Zwiedzamy jeszcze m.in. obserwatorium astronomiczne i czas na powrót.
 

Wracamy pociągiem. Tym razem mamy otrzymać lunch. Zaskoczenie. Pociągiem jechałyśmy 5 godzin i przez cały czas donoszono kolejne dania. Tyle jedzenia wystarczyłoby nam na co najmniej  4 dni. Była przystawka, woda, zupa, drugie danie (kilka potraw), deser, kawa, herbata, ciasto, lody.
 

W Delhi jesteśmy prawie o północy. Wyjazd bardzo udany.
 
Ostatni dzień w Delhi. Zostało tyle miejsc, które chcemy odwiedzić. Nie na wszystko starcza nam czasu. Jest więc po co wrócić!!!!
 
Celem kolejnego wyjazdu będzie joga i ajurweda.
 

Po 2 godzinach snu jedziemy na lotnisko. Odprawa. Przymrużono oko na nasze bagaże podręczne (chyba 2 krotnie przekraczały dozwoloną wagę) i żegnajcie Indie!!!
 
Powrót trwał długo, bo 19 godzin. W tym 7 godzinna przerwa w Moskwie i 2 godzinna w Warszawie. Szczęśliwie lądujemy w Poznaniu, gdzie czekają na nas nasi najbliżsi.
Chciałoby się rzec:
Cieszymy się, że mieszkamy w Polsce. Bogatym, czystym i szczęśliwym kraju!!!
 
 
Copyright ©2017 JOGA KLUB, Szkolenia, Doradztwo, Barbara Majewska
NIP: 784-150-25-77
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem