Jagniątków III 2013.06

To już nasze trzecie tam przebywanie. W dalszym ciągu zauroczeni.
 
Dopiero za drugim moim pobytem w Jagniątkowie dotarło do mnie, że ustanowiony w pierwszym moim felietonie o jodze w Jagniątkowie mój koniec świata, do którego dotarłem, ma jeszcze drugi koniec. Nas, szczurów lądowych z głębi kraju, przybycie do Jagniątkowa, a właściwie przyjazd samochodem po niekończącej się wąskiej drodze asfaltowej do "Wilii Jagniątków", uprawniał do takiego właśnie pojmowania polskiego końca świata. Rozlegające się w całej dolinie trzykrotnie w ciągu dnia skądś płynące, może z nieba, kościelne melodie wzbudziły jednak zaniepokojenie. Koniec świata chyba jest gdzieś dalej. Ale szczur lądowy, przejechawszy wiele kilometrów w szumie dróg, klaksonów i nawigacyjnych ostrzeżeń o radarach, znalazł w "Wilii Jagniątków" potrzebne mu ukojenie i nie musi już się zastanawiać, czy koniec świata jest tu czy 1000 metrów dalej.
 
"Willa Jagniątków" to ostoja spokoju, ciszy, kontrolowanej wewnętrznie swobody, kojącego szumu opodal płynącej Wrzosówki i wielgachnych nad nią drzew, szumu przenikającego nawet zamknięte okna werandy. Idealne miejsce do napisania tego felietonu.
 
Wydawałoby się, że większość spraw w tym miejscu stagnuje, z roku na rok nic sie nie zmienia. Willa stoi jak stała, gospoda "Wedle Bucków" trochę się powiększyła, mostek bez zmian, zniknęło zadaszenie basenu. Nuda. Nic się nie dzieje. Tak, jak w polskim filmie, zdaniem inż. Mamonia. Przybywając po raz kolejny do "Wilii Jagniątków", tym razem z kolejnymi, nowymi joginami, mamy z Basią niebywałą satysfakcję w obserwowaniu odkrywania przez nich magii tego miejsca, magii, którą my już znamy, ale którą jeszcze nie do końca rozumiemy.
 
Dach na basenem, usytuowany w widocznej z werandy oddali, teraz znalazł lepsze przeznaczenie. Przykrywa ekologiczną hodowle żywności, którą będziemy w gospodzie spożywać. Zaiste lepsze to niż umożliwienie kąpieli w basenie podczas deszczu. Można przy tym wątpić, czy z tego basenu jest jakikolwiek pożytek. Chłodna woda skutecznie chroni nas przez miłym jazgotem baraszkujących tam dzieciaków. A wiec cisza, spokój i ukojenie.
 
A ponadto wyhodowanie pod basenowym dachem warzywa serwowane w gospodzie, dają poczucie bezpieczeństwa, o które tak bardzo dbają właściciele tego terenu.
 
Sama gospoda "Wedle Bucków" otacza się coraz to nowymi atrybutami podkreślającymi jej naturalność. W felietonie opisującym moje ubiegłoroczne fascynacje tym magicznym miejscem, pisałem, że coraz powolniejsze wychodzenie z gospody obok pochyłej jabłonki, nieuchronnie sprowadza nas na prozaiczną asfaltową drogę. Na szczęście po drodze do "Wilii Jagniątków" mamy jeszcze uroczy mostek z ławą. Można przysiąść i zgłębiać doznane ukojenia w szumie Wrzosówki.
Dzisiejsze wychodzenie z gospody "Wedle Bucków" już jest inne. Schodząc, nadal coraz powolniej, ścieżką obok gospody, możemy przysiąść na metalowym krześle, na szczęście wyposażonym w stosowną poduszkę. Przysiąść, aby przyjrzeć się stojącej pod pochyłą jabłonką bryczce. Niby nic. Bryczka jak bryczka. Zauroczony jej autentycznością widzę na niej byłych właścicieli, z godnością przejeżdżających przez wieś.
Wpatrując się w ową bryczkę, odkładam na bok wspomnienia z dzieciństwa spędzanego w Szemborowie, gdzie podobnym wehikułem jeździłem z ówczesnym wujem do kościoła. Widzę, na bryczce stojącej przy gospodzie, kolorowe chusty góralskie, korale, poduchę, zawieszony kosz wiklinowy.
 
Chyba ktoś z tej bryczki przed chwilą wysiadł i po prostu w nieładzie zostawił swoje rzeczy. Patrzę i myślę sobie: czas się zatrzymał?
To nie jest cepelia, to jest archetyp. Wstaję zatem z metalowego krzesła i idę szukać innych akcentów. Trzeba się tylko dobrze przyjrzeć...
Kwiaty rosnące w kance po mleku numer 61 (cokolwiek ten numer oznacza), kwiaty rosnące w wysłużonej wannie i w miednicy ustawionej na metalowej umywalce, to wyrażona determinacją chęć upiększenia przez gospodynie terenu wokół gospody, świetnie zaaranżowaną roślinnością posadzoną w tym co jest pod ręką i już się wysłużyło.
Prawie autentyk.
Konia z rzędem temu, kto zauważy sierotkę Marysię (lub inne dziewczę) czytającą pod płożącym się jałowcem książkę. Niby nic, ale widać, że panna dobrze się tam czuje.
 
Takich akcentów jest wokół gospody wiele i co ciekawe, świetnie się w całość komponujących.
 
Zawsze jest gdzie przysiąść racząc się dobrą kawą lub herbatą i upajac się spokojem z wyłączonym telefonem...
Paprocie rosnące na środku drewnianych schodów prowadzących do najwyżej w Polsce położonej Winnicy Karkonoskiej, nikomu nie przeszkadzają. Skoro tam wyrosły, to widać, że muszą tam rosnąć.
 
Gospoda "Wedle Bucków" już na stałe, taką mam nadzieję, wrosła w ten teren i obrasta utensyliami, które ją legitymizują nie, jako muzeum, ale jako styl życia gospodarzy.
 
Dlatego właśnie najpierw w to miejsce kierują się nasze myśli, gdy wykluwają się zamiary organizacji kolejnego obozu z jogą.
 
I zawsze jest to samo. Gdzie nam będzie lepiej, jak nie tu...
Basia i Jurek.
Copyright ©2017 JOGA KLUB, Szkolenia, Doradztwo, Barbara Majewska
NIP: 784-150-25-77
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem